Lekcja dobroci podczas podróży autostopem przez Islandię


"Gdzie idziesz?" Zapytał z miejsca kierowcy.

"Thingeyri" - odpowiedziałem. Na twarzy mężczyzny pojawił się zdezorientowany wyraz.

- Thingeyri - powtórzyłem, tym razem zmieniając intonację w moim głosie.

"Ahh, Thingeyri! Tak, mogę cię tam zabrać! "

Stałem samotnie na poboczu przez dwie godziny, mając nadzieję, że ktoś mnie podwiezie. Wcześniej tego ranka popłynąłem promem do Brjánslækur, gdzie naiwnie założyłem, że autobus dostosuje się do przybycia promu. Ale po wylądowaniu kapitan dok poprawił to założenie: nie było autobusu do godziny 18:30.

Spojrzałem na zegarek. Było 11 rano.

Cholera, pomyślałem.

Pobiegłem na szczyt doku, mając nadzieję, że samochód mnie wybije. Ale kiedy samochody wysiadły z promu, odjeżdżając, by ukończyć swoją podróż, nikt tego nie zrobił. Wiele osób szło w kierunku czekających samochodów zapełnionych przyjaciółmi i rodziną. Oni również zignorowali mój wystający kciuk.

Sam wszedłem do terminalu promowego, zjadłem trochę zupy i ruszyłem z powrotem na drogę. Po mojej lewej stronie znajdował się pusty dok, a po nim rozległa, spokojna zatoczka, która mieniła się w ten słoneczny dzień. Po prawej stronie drogi znajdowały się farmy, owce i pagórki. Jedynym śladem ludzkiej działalności był mały czerwony budynek promowy, gdzie, jeśli wszystko inne zawiedzie, mógłbym zostać, dopóki nie przyjechał autobus.

Żadne samochody nie przejechały.

Czekałem.

I czekał jeszcze trochę.

W oddali samochód.

Wystawiłem kciuk.

Gdy samochód minął, kierowca spojrzał na mnie, ale nie zwolnił.

Jeszcze kilka samochodów minęło, jakby mnie tam nie było.

To był piękny, ciepły, czysty dzień - pierwszy przez cały tydzień. Słońce świeciło jasno, a owce pasły się na łąkach. Postanowiłem przejść do stacji benzynowej, oddalonej o sześć kilometrów. Może miałbym więcej szczęścia na rozdrożu.

Często zatrzymywałem się po drodze, by podziwiać, jak było cicho. Jedyne dźwięki to wiatr i moje kroki. Nie spieszyłem się, a spokój i spokój mojego otoczenia sprawiły, że długi spacer był możliwy do zniesienia. Mijałem czarne, piaszczyste plaże wypełnione owcami - nawet wiedziały, że korzystają z pogody. Strumienie, które zaczęły się w górach polodowcowych, zakończyły swą podróż w słonej zatoce.

Na rozdrożu zobaczyłem rodzinę, która jadła na terenie piknikowym. Może dadzą mi windę. Starałem się często patrzeć w ich kierunku.

Minęły godziny. Samochody przyjechały główną drogą. Wystawiłem kciuk, ale kierowca wzruszył ramionami, włączył kierunkowskazy i ruszył w złym kierunku. Rodzina nadal miała najdłuższy piknik w historii.

W końcu, kiedy spakowali swój piknik, rodzina spojrzała na mnie. To moja szansa, pomyślałem. Proszę, idź moją drogą!

Wsiedli do samochodu, odwrócili się w stronę skrzyżowania ... ale potem ruszyli w prawo, kierując się do Reykjaviku. Potrzebowałem ich, aby poszli w lewo, w moją stronę i Thingeyri!

Byłem pokonany i głodny. Kiedy podłączyłem główną obwodnicę Islandii, przejazdy były obfite, ale tutaj nie istniały.

Byłem gotów się poddać, wracać do budynku promu i czekać na autobus, ale potem, jak islandzki anioł schodzący z nieba w gigantycznej stalowej klatce, Stefan zatrzymał swój SUV i podniósł mnie.

Stefan jechał jak Speed ​​Racer. Droga była w trudnym stanie, uruchomiona zaledwie kilka tygodni temu z powodu późnej zimy i zimnej wiosny. Na ziemi wciąż było dużo śniegu. "W zimie jest to cały śnieg i nie można tu jeździć" - powiedział.

Droga skręciła w żwir, gdy szliśmy przez góry. Zostałem poturbowany w górę iw dół, gdy uderzyliśmy w kilka dziur i zamknąłem oczy, gdy robiliśmy na zmianę zbyt szybko, by pocieszyć, mając nadzieję, że zauważy to i zwolni.

Nie zrobił.

Ale z powodu niewygody patrzyłem na krajobraz, który się przede mną rozwijał. Wokół mnie topniały lodowce, a rzeki czystych niebieskich wód przecinały śnieg. Po lewej stronie znajdowały się ogromne doliny, w których wodospady spadały z gór do rzek, a śniegi znikały pod letnim słońcem, pozostawiając rosnącą trawę jasnozieloną. Na płaskiej ziemi woda gromadziła się w jeziorach, a podróżni zatrzymywali się, by robić zdjęcia.

Stefan i ja rozmawialiśmy trochę. Jego brak angielskiego i mój brak islandzkiej długiej rozmowy były trudne, ale podzieliliśmy się podstawami. Był rybakiem z Reykjaviku i żonaty z czwórką dzieci. "Trojaczki", mówi, dając mi "dobry, wiem" wygląd. Wracał do Thingeyri, aby przygotować się na kolejne dziesięć dni na morzu.

Podczas podróży wskazał punkty orientacyjne i szukał angielskiego słowa, aby je opisać. Pomagałem mu, kiedy tylko mogłem. Słabo powtórzę to słowo po islandzku, Stefan mnie poprawi, a ja poniosę porażkę.

Przejechaliśmy przez góry w gęstą mgłę. Kiedy ledwo widzieliśmy metr przed nami, zwolnił, poświęcając swój czas na jazdę górską drogą. Kiedy się skradaliśmy, od czasu do czasu dostrzegałem zasypane śniegiem urwiska, którymi się opiekowalibyśmy, gdyby nie był ostrożny. Ulżyło mi, że Stefan zdecydował się jechać z ostrożnością. Kiedy schodziliśmy z góry, mgła podniosła się i wskazał na małe miasteczko przed sobą. "Thingeyri".

Zrzucił mnie do mojego pensjonatu i pożegnaliśmy się - wyruszył w morze, byłem na wycieczce w góry.


Następnego ranka obudziłem się, aby zobaczyć fiord i góry, bez mgły.Kiedy wędrowałem po Sandfell Mountain i cieszyłem się pięknym dniem, pomyślałem z sentymentem o Stefanie i jego chęci pomocy nieznajomemu po mojej stronie drogi. Gdziekolwiek była jego łódź, mam nadzieję, że wypełniał ją rybą i wiedział, że gdzieś tam samotny podróżnik jest wiecznie wdzięczny za to doświadczenie.

Zostaw Komentarz